Dołącz do czytelników
Brak wyników

Five o'clock

20 grudnia 2018

NR 8 (Grudzień 2018)

Język angielski w podróży przez świat
Przystanek: Szkocja

0 17

Przygodę z angielskim rozpoczęłam wtedy, kiedy nic nie zapowiadało w Polsce boomu na ten język, wtedy jedynym językiem obcym, który królował, był język rosyjski. Pierwsze kroki w wieku ośmiu lat stawiałam u pół-Angielki, pół-Polki urodzonej na The Bahamas, a wychowanej w UK, do której dreptałam dwa razy w tygodniu po dwa kilometry z lalką pod pachą. To od niej nauczyłam się fundamentalnej, angielskiej melodyki. W przyszłości, jak się okazało, miałam okazję spotkać się z przeróżnymi odmianami języka mojej zawodowej kariery. Na studiach miałam zajęcia z native speakerami różnych nacji: Brytyjczykami, Amerykanami, Kanadyjczykiem, Australijką, a nawet Alaskijką, pracowałam z Irlandczykami, mieszkańcami Wyspy Man i RPA, nowojorczykiem, Teksańczykami czy też Hindusami. Brytyjczycy mówili, że fajnie brzmię po amerykańsku, zaś Amerykanie, że po brytyjsku. Zasadniczo brzmiałam różnie – w zależności od potrzeby chwili, ale treści brzmienia raczej zawsze były, że tak powiem, podręcznikowo słuszne. Wiadomo, gdy ktoś zawodowo zajmuje się językiem, trudno od pewnych nawyków się oderwać, które z czasem stają się naszą drugą naturą (ponoć nauczyciela zawsze można w tłumie poznać?). Pomimo wielu lat nauki, elastycznych możliwości w zakresie posługiwania się i rozumienia tego języka, wielu doświadczeń, które nabywałam przez lata, padłam ofiarą szczerego zwątpienia w swoje językowe kompetencje w kontakcie z rodzimymi użytkownikami języka Wysp Brytyjskich. Trafiona – zatopiona. Gdzie? W Szkocji.
– How’z’yo’flá? – dobiega moich uszu pytanie, kiedy mój mąż ze swoim przyjacielem odbierają mnie z lotniska z Glasgow. Janek, rodowity Szkot, ale z dziadka Polaka, przyjaźnie uśmiecha się, patrząc na mnie, a ja – nigdy wcześniej niemająca do czynienia ze szkockim angielskim – baranieję (może z takich „zbaranień” tyle jest w Szkocji baranów?). O co temu człowiekowi chodzi, myślę na wpół przytomna po całym dniu podróży. Widać, cierpi, biedny, na jakąś wadę wymowy. A miły Szkot, widząc moją konsternację, powtarza, wcale nie zwalniając, swego jednosekundowego pytania:
– How’z’yo’flá? – z wyraźnym akcentem na ostatnią sylabę. 
Zbaranienie trwa, więc mój mąż tłumaczy mi z angielskiego na angielski:
– Janek asks you: How was your flight?
– Huh? Flight as flight. What do you want to know? – pytam, zupełnie nie pamiętając o grzecznościowych standardach typu: How are you? I’m fine, thank you. 
No i wszyscy w śmiech. 

A gdy już wywiązała się rozmowa bardziej o czymś niż o niczym, musiałam być zwarta i gotowa, żeby symultanicznie tłumaczyć sobie Janka angielski na mój angielski, gdzie i tak margines domysłów osiągał momentami 50%. 
Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z tym językiem. Myślałam, że jankowy jest najgorszym wydaniem tej odmiany, lecz później, wraz z kurczeniem się marginesu domysłów, okazało się, że miałam szczęście trafić na wyjątkowo łagodny przypadek, który chciał być zrozumiały i wykazywał się w stosunku do mnie sporą dozą cierpliwości. Inni Szkoci – mieszkający w okolicach Glasgow – już tak wyrozumiali nie byli. Przy żonie Janka, Angie, mój margines domysłów w zawrotnym tempie ponownie sięgnął 50%, a proporcjonalnie do wypijanych przez nią kieliszków wina ponownie dotarł do niebezpiecznego progu 90%. Choć Angie na szczęście wystarczyły moje whoa, ooh, ah, aargh i oh yeah, really?, ja powodów do zadowolenia raczej nie miałam.
Szkocki angielski w niczym nie przypomina tradycyjnego języka angielskiego. Ich akcent to dla mnie enigma, bardzo charakterystyczny i twardo brzmiący. Wnosi raczej skojarzenia z językiem holenderskim...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Horyzonty Anglistyki"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy