Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wywiad

24 listopada 2017

NR 1 (Październik 2017)

Expect the unexpected
czyli o przekraczaniu horyzontów opowiada prof. dr hab. Jacek Fisiak

434

Panie Profesorze, Pana doświadczenie zawodowe jest niezwykle bogate. Z Pana nazwiskiem wiążemy nie tylko funkcje nauczyciela akademickiego, profesora i rektora, ale też ministra edukacji narodowej, członka PAN czy Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury. Które z doświadczeń zawodowych i funkcji, jakie Pan Profesor piastował, czy też która z instytucji, w jakich Pan pracował, było najważniejszym lub najciekawszym doświadczeniem?

POLECAMY

Muszę przyznać, że do wszystkich funkcji, jakie pełniłem, w jakiś sposób bezwiednie się przygotowywałem. Może to brzmieć dziwnie, ale tak było. Wynikało to być może z moich predyspozycji lub intuicji, żeby iść w jakimś kierunku, jednak z czasem było to już podyktowane pozyskanym doświadczeniem. Oprócz stanowiska rektora piastowałem również inne stanowiska – również w świecie nauki, w akademiach, kierowałem Instytutem Filologii Angielskiej UAM przez pięćdziesiąt lat. Jeżeli chodzi o funkcje administracyjne w nauce, to oczywiście funkcja ministra była tą najwyższą. Doświadczenie w instytucie było dla mnie bardzo ważne, dlatego że zacząłem pracę dość tradycyjnie, jako kierownik katedry, z czasem jednak zdecydowałem się ją powiększyć, co udało mi się osiągnąć dzięki zaangażowaniu i współpracy z moimi kolegami. Powiększenie katedry do funkcji instytutu wynikało z kilku powodów. Najważniejszym z nich był fakt, że na instytut, jako na większą instytucję, można było pozyskać więcej finansów i zatrudnić więcej osób, a co za tym idzie, również przyjąć więcej studentów oraz uzyskać możliwość szerszego działania w różnych dziedzinach. Po objęciu przeze mnie stanowiska kierownika katedry w grudniu 1965 r. bardzo szybko udało mi się ją przekształcić, bo już w 1969 r. istniał instytut. 

Chciałem zbudować silny zespół. Nawiązałem współpracę m.in. z doktorem habilitowanym Kazimierzem Polańskim z Uniwersytetu Jagiellońskiego i z Akademii Nauk w Krakowie, moimi kolegami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz innymi specjalistami. Udało mi się pozyskać etat dla wykładowcy brytyjskiego już na pierwszym roku, a w drugim roku dla wykładowcy amerykańskiego. W ten sposób stanęliśmy szybko na nogach i mogliśmy działać. Udało mi się nawiązać kontakt z uniwersytetem brytyjskim w Salford, który to kontakt był niezwykle istotny dla nas, ponieważ uczelnia brytyjska przysyłała nam sześciu studentów, którzy studiowali swoje kierunki, a jednocześnie uczyli angielskiego na anglistyce. To nam znakomicie poszerzyło zasięg działalności, a także dzięki stypendiom wzmacniało nas finansowo, co z kolei stwarzało możliwości zakupów książkowych, wyjazdów zagranicznych na konferencje i na krótkie pobyty. W tamtym czasie była to niesamowita rzecz, ponieważ żaden inny uniwersytet w Polsce nie miał takich perspektyw. Mieliśmy również możliwości pozyskania wsparcia finansowego i moralnego ze strony władz amerykańskich, przy jednoczesnym wsparciu konsulatu amerykańskiego. Oczywiście my również podnosiliśmy parametry popularności konsulatu dla strony amerykańskiej, ponieważ nasi studenci chodzili do biblioteki i czytali książki amerykańskie, które dostawaliśmy zresztą w ogromnych ilościach. Dary książek, które płynęły wtedy do nas ze Stanów w latach 1965–1970, były nieprawdopodobne. Roczna wartość wynosiła ponad dwanaście tysięcy dolarów, na ówczesne warunki były to ogromne sumy. Mogliśmy sami wybierać pozycje, które potrzebujemy, wysyłałem listy, oni kupowali i wysyłali. Muszę tu wspomnieć konsula do spraw kultury, Pana Leonarda Baldygę, który angażował się w tą sprawę.

 

 

Chciałem stworzyć anglistykę inną niż ta, którą studiowałem i na której uczyłem. Chciałem, żeby była lepsza, bardziej nowoczesna, zainteresowana tym, co się dzieje, a przede wszystkim skoncentrowana na dwóch dziedzinach. Uważałem, że bardzo zaniedbana była literatura amerykańska. Ja sam byłem językoznawcą, a nie literaturoznawcą. Wtedy na studiach w Warszawie na seminarium magisterskim językowym były dwie–trzy osoby, a na literackim pięćdziesiąt. Drugą sprawą był dostęp do literatury lingwistycznej amerykańskiej i angielskiej oraz możliwość wyjazdów zagranicznych. W 1958 r. „dowodziłem” grupą dwudziestu studentów z Uniwersytetu Warszawskiego, która wyjechała w porozumieniu ze związkiem studentów angielskich. Na miejscu pracowaliśmy, zbieraliśmy truskawki, za co otrzymywaliśmy pieniądze. Udało nam się nawet znaleźć rodziny, które się nami zaopiekowały i moi koledzy i koleżanki przedłużyli sobie pobyt z czterech tygodni do trzech miesięcy. Ważny był kontakt z językiem. Ja np. pracowałem w British Museum przez sześć tygodni.

Czyli, krótko mówiąc, wszystkie założenia, jakie Pan Profesor miał, udało się realizować…

Moim marzeniem było – po pierwsze – zostać na uniwersytecie, a po drugie zrobić szybko stopnie i tytuły naukowe. Po trzecie stworzyć anglistykę, która była inna i lepsza od ówczesnych. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wszystko to udało mi się zrealizować. W różnym tempie, ale udało się co do joty. Skończyłem studia semestr przed terminem, dwa lata po studiach uzyskałem stopień doktora, habilitowałem się najwcześniej jak można było w Polsce, czyli w wieku 27 lat. Rok później zostałem kierownikiem katedry, a profesorem zostałem w wieku 35 lat. Oprócz członkostwa w Polskiej Akademii Nauk, zostałem członkiem Europejskiej Akademii Nauk oraz Fińskiej Akademii Nauk i wielu innych. Najważniejszą dla mnie rzeczą było istnienie w układzie europejskim i światowym i tak się stało, ponieważ zostałem wybrany prezydentem i prezesem towarzystw naukowych w Polsce i Ameryce. 

Mogę powiedzieć, że stworzyłem anglistykę na poziomie europejskim, zapraszałem do współpracy najlepszych profesorów anglistyki z całego świata, organizowałem konferencje. W 1974 r. w Los Angeles zostałem wybrany prezesem Stowarzyszenia Profesorów Uniwersyteckich Anglistyki, co uważam za wielki sukces. Tu zorganizowałem kongres w 1977 r., a później zostałem wybrany prezesem Europejskiego Towarzystwa Językoznawczego. Uruchomiłem też różne serie wydawnicze oraz czasopisma. 

Dzisiaj, kiedy rozmawiamy, dotarła też do mnie wiadomość, że poznańska anglistyka uzyskała kategorię A+, jaką do tej pory mógł poszczycić się poznański wydział prawa. Oprócz tego, że chciałbym złożyć gratulacje mojej uczennicy i następczyni – Pani dziekan prof. zw. dr hab. Katarzynie Dziubalskiej-Kołaczyk – uważam, że w jakimś drobnym stopniu jest też to moja zasługa. 

Ostatnio przeczytałam takie zdanie, że każdy kraj ma swoich geniuszy i niekoniecznie ci geniusze, szczególnie jeżeli chodzi o kulturę czy literaturę, są znani w innych krajach. Tak jak np. amerykanie nie mają pojęcia o Mickiewiczu, tak my nie mamy pojęcia o Emersonie. Dlaczego literatura amerykańska może być ważna dla studentów anglistyki w Polsce? 

Tu są ważne dwie rzeczy. Po pierwsze, istnieje pewien kanon, który powinien być podstawą studiów wszędzie. Po drugie, to jest kwestia popularności i znajomości. Zainteresowanie literaturą amerykańską w Polsce istniało od dawna. Ono się obudziło ponownie w roku 1956, kiedy nagle zaczęły spływać książki amerykańskie do Klubów Międzynarodowej Prasy i Kiosków. Była wtedy przeznaczona specjalna suma przez Biały Dom i Departament Stanu na propagandę, która została mądrze użyta, ponieważ pojawiła się cała masa powieści amerykańskich i literatury z końca XIX w. oraz XX w. – sztandarowe postacie, takie jak Hemingway czy Steinbeck. Kiedy ja byłem na trzecim roku studiów, nastąpił już wysyp tych książek, wygrałem wtedy konkurs na jedynego tłumacza języka angielskiego na festiwalu Warszawska Jesień i pracowałem od listopada 1956 r. dla amerykańskiej agencji Associated Press. To dało mi nieprawdopodobne możliwości, ponieważ spotkałem wtedy wielu ludzi. To był właśnie ten moment, w którym zaczął się dostęp do książek. Byłem zaskoczony, że do roku 1960 kupowałem takie książki w Warszawie, których nie można było dostać nigdzie – w Polsce były względnie tanie, a na Zachodzie bardzo drogie. 

 

 

Czego uczelnie w Polsce mogą uczyć się od uczelni zagranicznych?

Mogą się uczyć, ale ostrożnie. Zawsze uważałem, że „Polacy nie gęsi też swój język mają”, ale Polacy powinni patrzeć na lewo i na prawo na to, co się dzieje. Myślę, że Polacy mogą się uczyć, ale nie mogą niczego w całości przejmować. Wszelkiego rodzaju naśladownictwo jest niebezpieczne, jeżeli nie ma ono w sobie czegoś, co może być zasilane od wewnątrz. Wtedy jest to tylko kopiowanie, które do niczego nie prowadzi. Uważam, że powinniśmy patrzeć, a nie niewolniczo naśladować. Byłem zupełnie przeciwko liczeniu punktów i uzyskiwaniu wsparcia finansowego od ministerstwa, akademii itd...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Horyzonty Anglistyki"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy