Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wywiad

24 listopada 2017

NR 1 (Październik 2017)

Expect the unexpected
czyli o przekraczaniu horyzontów opowiada prof. dr hab. Jacek Fisiak

0 281

Panie Profesorze, Pana doświadczenie zawodowe jest niezwykle bogate. Z Pana nazwiskiem wiążemy nie tylko funkcje nauczyciela akademickiego, profesora i rektora, ale też ministra edukacji narodowej, członka PAN czy Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury. Które z doświadczeń zawodowych i funkcji, jakie Pan Profesor piastował, czy też która z instytucji, w jakich Pan pracował, było najważniejszym lub najciekawszym doświadczeniem?

Muszę przyznać, że do wszystkich funkcji, jakie pełniłem, w jakiś sposób bezwiednie się przygotowywałem. Może to brzmieć dziwnie, ale tak było. Wynikało to być może z moich predyspozycji lub intuicji, żeby iść w jakimś kierunku, jednak z czasem było to już podyktowane pozyskanym doświadczeniem. Oprócz stanowiska rektora piastowałem również inne stanowiska – również w świecie nauki, w akademiach, kierowałem Instytutem Filologii Angielskiej UAM przez pięćdziesiąt lat. Jeżeli chodzi o funkcje administracyjne w nauce, to oczywiście funkcja ministra była tą najwyższą. Doświadczenie w instytucie było dla mnie bardzo ważne, dlatego że zacząłem pracę dość tradycyjnie, jako kierownik katedry, z czasem jednak zdecydowałem się ją powiększyć, co udało mi się osiągnąć dzięki zaangażowaniu i współpracy z moimi kolegami. Powiększenie katedry do funkcji instytutu wynikało z kilku powodów. Najważniejszym z nich był fakt, że na instytut, jako na większą instytucję, można było pozyskać więcej finansów i zatrudnić więcej osób, a co za tym idzie, również przyjąć więcej studentów oraz uzyskać możliwość szerszego działania w różnych dziedzinach. Po objęciu przeze mnie stanowiska kierownika katedry w grudniu 1965 r. bardzo szybko udało mi się ją przekształcić, bo już w 1969 r. istniał instytut. 

Chciałem zbudować silny zespół. Nawiązałem współpracę m.in. z doktorem habilitowanym Kazimierzem Polańskim z Uniwersytetu Jagiellońskiego i z Akademii Nauk w Krakowie, moimi kolegami z Uniwersytetu Łódzkiego oraz innymi specjalistami. Udało mi się pozyskać etat dla wykładowcy brytyjskiego już na pierwszym roku, a w drugim roku dla wykładowcy amerykańskiego. W ten sposób stanęliśmy szybko na nogach i mogliśmy działać. Udało mi się nawiązać kontakt z uniwersytetem brytyjskim w Salford, który to kontakt był niezwykle istotny dla nas, ponieważ uczelnia brytyjska przysyłała nam sześciu studentów, którzy studiowali swoje kierunki, a jednocześnie uczyli angielskiego na anglistyce. To nam znakomicie poszerzyło zasięg działalności, a także dzięki stypendiom wzmacniało nas finansowo, co z kolei stwarzało możliwości zakupów książkowych, wyjazdów zagranicznych na konferencje i na krótkie pobyty. W tamtym czasie była to niesamowita rzecz, ponieważ żaden inny uniwersytet w Polsce nie miał takich perspektyw. Mieliśmy również możliwości pozyskania wsparcia finansowego i moralnego ze strony władz amerykańskich, przy jednoczesnym wsparciu konsulatu amerykańskiego. Oczywiście my również podnosiliśmy parametry popularności konsulatu dla strony amerykańskiej, ponieważ nasi studenci chodzili do biblioteki i czytali książki amerykańskie, które dostawaliśmy zresztą w ogromnych ilościach. Dary książek, które płynęły wtedy do nas ze Stanów w latach 1965–1970, były nieprawdopodobne. Roczna wartość wynosiła ponad dwanaście tysięcy dolarów, na ówczesne warunki były to ogromne sumy. Mogliśmy sami wybierać pozycje, które potrzebujemy, wysyłałem listy, oni kupowali i wysyłali. Muszę tu wspomnieć konsula do spraw kultury, Pana Leonarda Baldygę, który angażował się w tą sprawę.

 

 

Chciałem stworzyć anglistykę inną niż ta, którą studiowałem i na której uczyłem. Chciałem, żeby była lepsza, bardziej nowoczesna, zainteresowana tym, co się dzieje, a przede wszystkim skoncentrowana na dwóch dziedzinach. Uważałem, że bardzo zaniedbana była literatura amerykańska. Ja sam byłem językoznawcą, a nie literaturoznawcą. Wtedy na studiach w Warszawie na seminarium magisterskim językowym były dwie–trzy osoby, a na literackim pięćdziesiąt. Drugą sprawą był dostęp do literatury lingwistycznej amerykańskiej i angielskiej oraz możliwość wyjazdów zagranicznych. W 1958 r. „dowodziłem” grupą dwudziestu studentów z Uniwersytetu Warszawskiego, która wyjechała w porozumieniu ze związkiem studentów angielskich. Na miejscu pracowaliśmy, zbieraliśmy truskawki, za co otrzymywaliśmy pieniądze. Udało nam się nawet znaleźć rodziny, które się nami zaopiekowały i moi koledzy i koleżanki przedłużyli sobie pobyt z czterech tygodni do trzech miesięcy. Ważny był kontakt z językiem. Ja np. pracowałem w British Museum przez sześć tygodni.

Czyli, krótko mówiąc, wszystkie założenia, jakie Pan Profesor miał, udało się realizować…

Moim marzeniem było – po pierwsze – zostać na uniwersytecie, a po drugie zrobić szybko stopnie i tytuły naukowe. Po trzecie stworzyć anglistykę, która była inna i lepsza od ówczesnych. Dzisiaj mogę powiedzieć, że wszystko to udało mi się zrealizować. W różnym tempie, ale udało się co do joty. Skończyłem studia semestr przed terminem, dwa lata po studiach uzyskałem stopień doktora, habilitowałem się najwcześniej jak można było w Polsce, czyli w wieku 27 lat. Rok później zostałem kierownikiem katedry, a profesorem zostałem w wieku 35 lat. Oprócz członkostwa w Polskiej Akademii Nauk, zostałem członkiem Europejskiej Akademii Nauk oraz Fińskiej Akademii Nauk i wielu innych. Najważniejszą dla mnie rzeczą było istnienie w układzie europejskim i światowym i tak się stało, ponieważ zostałem wybrany prezydentem i prezesem towarzystw naukowych w Polsce i Ameryce. 

Mogę powiedzieć, że stworzyłem anglistykę na poziomie europejskim, zapraszałem do współpracy najlepszych profesorów anglistyki z całego świata, organizowałem konferencje. W 1974 r. w Los Angeles zostałem wybrany prezesem Stowarzyszenia Profesorów Uniwersyteckich Anglistyki, co uważam za wielki sukces. Tu zorganizowałem kongres w 1977 r., a później zostałem wybrany prezesem Europejskiego Towarzystwa Językoznawczego. Uruchomiłem też różne serie wydawnicze oraz czasopisma. 

Dzisiaj, kiedy rozmawiamy, dotarła też do mnie wiadomość, że poznańska anglistyka uzyskała kategorię A+, jaką do tej pory mógł poszczycić się poznański wydział prawa. Oprócz tego, że chciałbym złożyć gratulacje mojej uczennicy i następczyni – Pani dziekan prof. zw. dr hab. Katarzynie Dziubalskiej-Kołaczyk – uważam, że w jakimś drobnym stopniu jest też to moja zasługa. 

Ostatnio przeczytałam takie zdanie, że każdy kraj ma swoich geniuszy i niekoniecznie ci geniusze, szczególnie jeżeli chodzi o kulturę czy literaturę, są znani w innych krajach. Tak jak np. amerykanie nie mają pojęcia o Mickiewiczu, tak my nie mamy pojęcia o Emersonie. Dlaczego literatura amerykańska może być ważna dla studentów anglistyki w Polsce? 

Tu są ważne dwie rzeczy. Po pierwsze, istnieje pewien kanon, który powinien być podstawą studiów wszędzie. Po drugie, to jest kwestia popularności i znajomości. Zainteresowanie literaturą amerykańską w Polsce istniało od dawna. Ono się obudziło ponownie w roku 1956, kiedy nagle zaczęły spływać książki amerykańskie do Klubów Międzynarodowej Prasy i Kiosków. Była wtedy przeznaczona specjalna suma przez Biały Dom i Departament Stanu na propagandę, która została mądrze użyta, ponieważ pojawiła s...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Horyzonty Anglistyki"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Możliwość pobrania materiałów dodatkowych
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy